Kolejny wpis w którym autor bloga równoważy siłę swego poprzedniego, egotycznego wpisu.
Wpis, który składa na delikatne dłonie swej pani aby przez wyrozumiałość przymknęła swe piękne oczy na rozdmuchane ego twórcy tych malign.
Przyjmij, scurko tych słów marny zlepek. Nie gardź mną małym, nędznym robakiem... bo kimże ja jestem przy jasnym Twym blasku - fraszką, igraszką, zabawką blaszaną.
Tchnąłem ducha przez opuszki palców. Powstał, rozejrzał się i splunął. Zrzucił strzępki kodu z ramienia. Stoi. Taki mały Typer Shark ;-) Jak go wykorzystam - nie wiem. Już go jednak pulubiłem.
29.03.2007
A to było tak
26.03.2007
Broadcast yourself
UWAGA! UWAGA! UWAGA! Ogłaszam alarm dla miast i wiosek. W najbliższy czwartek, tj. 29 marca o godz. 16:15 dokona się emisja sygnału telewizyjnego obejmująca zasięgiem tereny Rzeczypospolitej. Szczególnie narażone będą osoby przebywające w sąsiedztwie otwartego kanału TVN. Uprasza się potencjalne ofiary tego broadcastu o przygotowanie opakowania chusteczek higienicznych i miski oraz o nie zakrywanie oczu. Decyzję wypełnienia miski (nie)zdrową żywnością lub pozostawienia jej pustą pozostawia się wolną. Treści wspomnianego przekazu będę Seryjnie... Sprawcą.
Sygnał zostanie nadany ponownie o godz. 8:05 dnia następnego, burząc ostatnie bastiony oporu.
Sygnał zostanie nadany ponownie o godz. 8:05 dnia następnego, burząc ostatnie bastiony oporu.
1.03.2007
2.02.2007
Walczyk
Dlaczego pasjonuje mnie taniec? Jest wyjątkowym obrazem rzeczywistości.
Obrazem, który buduje emocje każdego z uczestników różnorodną mieszanką skojarzeń i odniesień.
Są jednak chwile kiedy pozwala dostrzec ostrą kreskę odbitej w lustrze codzienności.
Ilekroć nie potrafimy czegoś opanować, czy to przez własną niedoskonałość czy brak starań, przekuwamy własną słabość w ofensywne ostrze.
Walczyk. Raz, dwa, trzy. A na każde raz-dwa-trzy przypada sześć uderzeń stopy. Pięknie, dopóki raz-dwa-trzy wybrzmiewa echem wiedeńskich sal.
Rozpędził się do tempa kulawej polki...
Najpierw pojawiła się irytacja brakiem sprawności własnego ciała. Jak zwykle - trwała najkrócej.
Po chwili, walczyk był wszystkiemu winny. Irytacja nie lubi głodować. Przegryzała kolejne gardła.
Kilka minut i nienawidziłem wszystkich, którzy tańczą - zarówno wodewilowych "zdolniuszy" jak i tych, którzy z lęku przed przyznaniem się do własnej słabości udają, że "mogą".
Irytacji odbiło się głośno z przejedzenia.
Pieprzę to, że ktoś znów powie - patetyczny.
Takie chwile dają mi siłę do pracy nad sobą.
Czy nie tańczymy jednak takiego "walczyka" zbyt często?
Obrazem, który buduje emocje każdego z uczestników różnorodną mieszanką skojarzeń i odniesień.
Są jednak chwile kiedy pozwala dostrzec ostrą kreskę odbitej w lustrze codzienności.
Ilekroć nie potrafimy czegoś opanować, czy to przez własną niedoskonałość czy brak starań, przekuwamy własną słabość w ofensywne ostrze.
Walczyk. Raz, dwa, trzy. A na każde raz-dwa-trzy przypada sześć uderzeń stopy. Pięknie, dopóki raz-dwa-trzy wybrzmiewa echem wiedeńskich sal.
Rozpędził się do tempa kulawej polki...
Najpierw pojawiła się irytacja brakiem sprawności własnego ciała. Jak zwykle - trwała najkrócej.
Po chwili, walczyk był wszystkiemu winny. Irytacja nie lubi głodować. Przegryzała kolejne gardła.
Kilka minut i nienawidziłem wszystkich, którzy tańczą - zarówno wodewilowych "zdolniuszy" jak i tych, którzy z lęku przed przyznaniem się do własnej słabości udają, że "mogą".
Irytacji odbiło się głośno z przejedzenia.
Pieprzę to, że ktoś znów powie - patetyczny.
Takie chwile dają mi siłę do pracy nad sobą.
Czy nie tańczymy jednak takiego "walczyka" zbyt często?
22.01.2007
Total Search Strings
Siadłem sobie przed chwilą aby zgłębić prawa rządzące stanem licznika na stronie Koncentratu.
Wędrując po kolejnych stronach statystyk znalazłem tabelkę z frazami, które jeżeli dobrze rozumiem wpisywali ludzie w wyszukiwarce, a które zaprowadziły ich na moją stronę. Przyznam, że rozbawiły mnie do łez. Oto kilka z nich.
I niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że cały świat nie kręci się wokół nieszczęść ludzkich i dupy.
Wędrując po kolejnych stronach statystyk znalazłem tabelkę z frazami, które jeżeli dobrze rozumiem wpisywali ludzie w wyszukiwarce, a które zaprowadziły ich na moją stronę. Przyznam, że rozbawiły mnie do łez. Oto kilka z nich.
- po japońsku śmierć
- duże źrenice
- piotruś co się stało
- świat nie jest domem mym
- jego jądra
- pieścić twoje ciało
- łono dziewicze
I niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że cały świat nie kręci się wokół nieszczęść ludzkich i dupy.
14.01.2007
Mój jest ten kawałek podłogi
Gdzie nie zniszczę parkietu? Gdzie nikt z drwiną w spojrzeniu nie będzie mnie rozpraszał? Gdzie nikt nie odegra się trzonkiem miotły, wybijając nierówny rytm na suficie?
Na przystanku autobusowym? Na parkingu, podczas przerwy na papierosa? Na klatce schodowej, oczekując na windę?
Nie wiem.
Muszę ćwiczyć. Dwie godziny w tygodniu tak szybko mijają. Zbyt długo czekam na następne.
Może zamieszczę ogłoszenie?
AAA Stepujący mężczyzna wynajmie nieodpłatnie powierzchnię do tańca. Początkujący; miłośników Gregory Hinesa, Saviona Glovera... odsyłam do kina. Wymagania: parkiet, linoleum, inne niebetonowe, niewłochate podłoża. Przestrzeń: jeden metr kwadratowy. Gwarantuję: brak ciszy.
Na przystanku autobusowym? Na parkingu, podczas przerwy na papierosa? Na klatce schodowej, oczekując na windę?
Nie wiem.
Muszę ćwiczyć. Dwie godziny w tygodniu tak szybko mijają. Zbyt długo czekam na następne.
Może zamieszczę ogłoszenie?
AAA Stepujący mężczyzna wynajmie nieodpłatnie powierzchnię do tańca. Początkujący; miłośników Gregory Hinesa, Saviona Glovera... odsyłam do kina. Wymagania: parkiet, linoleum, inne niebetonowe, niewłochate podłoża. Przestrzeń: jeden metr kwadratowy. Gwarantuję: brak ciszy.
10.01.2007
Let the Sansha(ine)
My precious...

Są czarne. Pachną narkotycznie skórą. Każdy krok, każdy tap brzmi...
Brak słow. Jutro zobaczymy na co je stać... na co mnie stać. Buty same nie zatańczą.
Nie mogę się doczekać kiedy je usłyszę w pełnym brzmieniu. Dziś tylko kilka nieśmiałych "tap, tap" w mieszkaniu; sąsiedzi czuwają na straży porządku.

Są czarne. Pachną narkotycznie skórą. Każdy krok, każdy tap brzmi...
Brak słow. Jutro zobaczymy na co je stać... na co mnie stać. Buty same nie zatańczą.
Nie mogę się doczekać kiedy je usłyszę w pełnym brzmieniu. Dziś tylko kilka nieśmiałych "tap, tap" w mieszkaniu; sąsiedzi czuwają na straży porządku.
28.12.2006
19.12.2006
Z łomem na chińskie trumny
Dzień zapowiadał się spokojny. Nie słoneczny. Nie mroźny. Nijaki taki, ale spokojny. Montaż kilku serwerów na farmie starego MC Donalda. Ot, dzień jak co noc na cmentarzu.
Tylko szpadla nie było. Był łom. Zamiast krzyży - ból krzyża.
I nie gasnąca fascynacja: "człowiek potrafi". A człowiek w Chinach... hmm... ja wiem - cenzura, blokowane portale, zamknięte kafejki, dożywocie za goły tyłek w filmie ukrytym na dysku. Oni chyba po prostu nie lubią komputerów. Czują się osaczeni nową technologią, która na kształt demonów paraliżuje ich samym wyobrażeniem.
Stara prawda - kiedy wszystkie rozwiązania zawiodły, nie znasz odpowiedzi, a życie zmusza cię do podjęcia decyzji - spójrz za siebie. Ktoś już musiał to robić w przeszłości. Ktoś może znalazł rozwiązanie przed tobą. Nie wiedziałem jednak, że Chińczycy są tak dalekowzroczni i oglądając się za siebie wylądują rzutem oka w podaniach ludowych, legendach. Mieli racje - tam o demony najłatwiej. Są demony, są metody ich pokonania.

Serwery przyleciały z Chin w drewnianych trumnach. Zabrakło tylko osikowego kołka wbitego w procesor... ale może znają inne legendy. Może przed zabiciem trumien gwoździami rzucili na nie urok. Fakt - trzy z siedmiu serwerów nie przeżyły zaklęcia.
Tylko szpadla nie było. Był łom. Zamiast krzyży - ból krzyża.
I nie gasnąca fascynacja: "człowiek potrafi". A człowiek w Chinach... hmm... ja wiem - cenzura, blokowane portale, zamknięte kafejki, dożywocie za goły tyłek w filmie ukrytym na dysku. Oni chyba po prostu nie lubią komputerów. Czują się osaczeni nową technologią, która na kształt demonów paraliżuje ich samym wyobrażeniem.
Stara prawda - kiedy wszystkie rozwiązania zawiodły, nie znasz odpowiedzi, a życie zmusza cię do podjęcia decyzji - spójrz za siebie. Ktoś już musiał to robić w przeszłości. Ktoś może znalazł rozwiązanie przed tobą. Nie wiedziałem jednak, że Chińczycy są tak dalekowzroczni i oglądając się za siebie wylądują rzutem oka w podaniach ludowych, legendach. Mieli racje - tam o demony najłatwiej. Są demony, są metody ich pokonania.

Serwery przyleciały z Chin w drewnianych trumnach. Zabrakło tylko osikowego kołka wbitego w procesor... ale może znają inne legendy. Może przed zabiciem trumien gwoździami rzucili na nie urok. Fakt - trzy z siedmiu serwerów nie przeżyły zaklęcia.
23.11.2006
Sztuczne łzy
Wczorajszy dzień spędziłem na nagraniu odcinka serialu Sędzia Anna Maria Wesołowska.
Miesiąc przygotowań, nauka roli, próby tekstu przed telefon na parkingu przed firmą. Teraz tylko egzemplarz scenariusza, leżący na parapecie okna, wspomnienie dnia który rozegrał się tuż przy domu Wielkiego Brata.
Ciężko opisać taki dzień, może dla ludzi "z branży" codzienny, dla mnie odrealniony, bez pamięci jego nazwy, kolejnych godzin; senne migawki.
Rozpoczęliśmy od generalnej próby tekstu. Później obiad. Wybór kostiumu. Makijaż.
Wybór kostiumu - brzmi dumnie. W rzeczywistości zmiana koszulki "pod kolor", spięcie jej agrafkami na plecach "aby lepiej leżała", i wybranie koszuli. Miała być marynarka, ale ta która wyglądała najlepiej zdobiła już plecy zbyt wielu świadków i oskarżonych.
Makijaż głowy. Golisz włosy - na podkładzie nie oszczędzisz.
Odprawa przed reżyserem. Ocena przygotowań. Dobre słowo dla stremowanych.
Mikroporty za pasek, kabelek przeciągnąć pod spodem. Próba urządzeń - powiedzcie fragment roli lub coś od siebie... coś od siebie. Rola - nie pamiętam. Sala sądowa zimna od poprzednich wyroków, a może to tylko nerwy. Po zapaleniu reflektorów ociepli się klimat.
Później już tylko mgnienia świadomości. Wejście publiczności. Wyprowadzenie nas świadków na korytarz sądowy. "Prosze wstać, Sąd idzie". Odczytanie aktu oskarżenia. Nerwy, zbliżającego się wejścia na salę sądową. Pierwszy świadek, drugi... trzeci - czas na mnie.
Wahadłowe drzwiczki jak w saloonie, prosto z westernu. Zamiast Johna Weyna... Anna Maria. Ja gram nieznanego kowboja, nie znają jeszcze mojej szybkości... wypowiadania słów. "Nazywam się Krzysztof Rusik..."
I nagle już siędzę. Obok matka oskarżonego listonosza. Za plecami mocherowa publiczność, która wybrała udział w nagraniu przed chłodem kościoła i jego wewnętrznym paciorkoturniejem "Kółko różańcowe", z udziałem wypomadowanych gwiazd parafii. Dziś błyszczą: "mam też telefon na Woronicza, mogę Pani podać.".
Teraz już spokojnie. Za chwilę - moje drugie wejście. Kunszt dramaturgii wystąpienia próbuje zaburzyć nękany przez reżysera obrońca... wstaję, siadam, podchodzę na miejsce składania zeznań, siadam, chcę zacząć, siadam... narasta irytacja wobec niemożności drugiego człowieka do zapamiętania jednego zdania. W końcu... "ja nie chciałem jej zrobić krzywdy..." [Stop, chcę widzieć łzy w jego oczach]. "Dam radę?..." Nie dowiem się - wezwana charakteryzatorka już dmucha mi w oczy "gwizdkiem" pachnącym "maścią z kotkiem". Oczy łzawią. Głos poddaje się emocjom wynikającym z roli. Drży. Staruszki nie wiedzą czy już mnie nienawidzieć czy płakać. Prokurator każe mnie aresztować. Tłum szaleje. Nirwana. Ktoś szlocha... ja.
Maść zapanowała nie tylko nad moimi oczami ale i górną częścią dróg oddechowych. Strażnik wyprowadza mnie w ostatnim momencie. "Czy ktoś mógłby mnie poczęstować chusteczką?"
Resztę nagrania ślędzę przez szparę pomiędzy dzwiami i futryną, patrząc to na plecy strażnika, to w obraz na wyświetlaczu kamery operatora stojącego tuż obok.
Brawa publiczności. Rozbrojenie mikroportu. Bus. Dom.
The End.
Miesiąc przygotowań, nauka roli, próby tekstu przed telefon na parkingu przed firmą. Teraz tylko egzemplarz scenariusza, leżący na parapecie okna, wspomnienie dnia który rozegrał się tuż przy domu Wielkiego Brata.
Ciężko opisać taki dzień, może dla ludzi "z branży" codzienny, dla mnie odrealniony, bez pamięci jego nazwy, kolejnych godzin; senne migawki.
Rozpoczęliśmy od generalnej próby tekstu. Później obiad. Wybór kostiumu. Makijaż.
Wybór kostiumu - brzmi dumnie. W rzeczywistości zmiana koszulki "pod kolor", spięcie jej agrafkami na plecach "aby lepiej leżała", i wybranie koszuli. Miała być marynarka, ale ta która wyglądała najlepiej zdobiła już plecy zbyt wielu świadków i oskarżonych.
Makijaż głowy. Golisz włosy - na podkładzie nie oszczędzisz.
Odprawa przed reżyserem. Ocena przygotowań. Dobre słowo dla stremowanych.
Mikroporty za pasek, kabelek przeciągnąć pod spodem. Próba urządzeń - powiedzcie fragment roli lub coś od siebie... coś od siebie. Rola - nie pamiętam. Sala sądowa zimna od poprzednich wyroków, a może to tylko nerwy. Po zapaleniu reflektorów ociepli się klimat.
Później już tylko mgnienia świadomości. Wejście publiczności. Wyprowadzenie nas świadków na korytarz sądowy. "Prosze wstać, Sąd idzie". Odczytanie aktu oskarżenia. Nerwy, zbliżającego się wejścia na salę sądową. Pierwszy świadek, drugi... trzeci - czas na mnie.
Wahadłowe drzwiczki jak w saloonie, prosto z westernu. Zamiast Johna Weyna... Anna Maria. Ja gram nieznanego kowboja, nie znają jeszcze mojej szybkości... wypowiadania słów. "Nazywam się Krzysztof Rusik..."
I nagle już siędzę. Obok matka oskarżonego listonosza. Za plecami mocherowa publiczność, która wybrała udział w nagraniu przed chłodem kościoła i jego wewnętrznym paciorkoturniejem "Kółko różańcowe", z udziałem wypomadowanych gwiazd parafii. Dziś błyszczą: "mam też telefon na Woronicza, mogę Pani podać.".
Teraz już spokojnie. Za chwilę - moje drugie wejście. Kunszt dramaturgii wystąpienia próbuje zaburzyć nękany przez reżysera obrońca... wstaję, siadam, podchodzę na miejsce składania zeznań, siadam, chcę zacząć, siadam... narasta irytacja wobec niemożności drugiego człowieka do zapamiętania jednego zdania. W końcu... "ja nie chciałem jej zrobić krzywdy..." [Stop, chcę widzieć łzy w jego oczach]. "Dam radę?..." Nie dowiem się - wezwana charakteryzatorka już dmucha mi w oczy "gwizdkiem" pachnącym "maścią z kotkiem". Oczy łzawią. Głos poddaje się emocjom wynikającym z roli. Drży. Staruszki nie wiedzą czy już mnie nienawidzieć czy płakać. Prokurator każe mnie aresztować. Tłum szaleje. Nirwana. Ktoś szlocha... ja.
Maść zapanowała nie tylko nad moimi oczami ale i górną częścią dróg oddechowych. Strażnik wyprowadza mnie w ostatnim momencie. "Czy ktoś mógłby mnie poczęstować chusteczką?"
Resztę nagrania ślędzę przez szparę pomiędzy dzwiami i futryną, patrząc to na plecy strażnika, to w obraz na wyświetlaczu kamery operatora stojącego tuż obok.
Brawa publiczności. Rozbrojenie mikroportu. Bus. Dom.
The End.
14.11.2006
Dzień z życia oficera
...czyli jak odbyłem przeszkolenie wojskowe w stopniu młodszego chorążego w warszawskiej Cytadeli.
Post Mortem czyli dobrego marznięcia pod okiem Andrzeja Wajdy początki.

Pobudka: 4:45
...a mialo być jak w piosence... godzina piąta, minut trzydzieści, kiedy...
w kolejce czekałem, aby swój mundur pierwszy odebrać, ale ostatni dostałem.
Przydział: Piechota
Oj, piechota - cały dzień w oficerkach za dużych o trzy numery i przyciasnej rogatywce.
Uzbrojenie: Brak
W końcu to niewola. NKWD za to dumna ze swoich karabinów z bagnetami, jak na potańcówce piorunochroniarzy.
Przyjemności: doskonały humor współtowarzyszy niewoli, paczka papierosów w kieszeni i ciepłe skarpety... dziękuję malutka ;-)
Nowe doświadczenia: salutowanie generałowi, dublowanie aktorów aby im tyłki nie zmarzły w chwilach ustawiania światła i kamer na planie... ehh... a kto ci powiedział, Wiśnios że mięso statysty różni się od mięsa armatniego?
Chwila nie-poezji: Zimno, zimno, zimno, sztuczny, sztuczny śnieg. Na śniadanie dwie drożdżówki a na do widzenia talerzyk grochówki.
Post Mortem czyli dobrego marznięcia pod okiem Andrzeja Wajdy początki.
Pobudka: 4:45
...a mialo być jak w piosence... godzina piąta, minut trzydzieści, kiedy...
w kolejce czekałem, aby swój mundur pierwszy odebrać, ale ostatni dostałem.
Przydział: Piechota
Oj, piechota - cały dzień w oficerkach za dużych o trzy numery i przyciasnej rogatywce.
Uzbrojenie: Brak
W końcu to niewola. NKWD za to dumna ze swoich karabinów z bagnetami, jak na potańcówce piorunochroniarzy.
Przyjemności: doskonały humor współtowarzyszy niewoli, paczka papierosów w kieszeni i ciepłe skarpety... dziękuję malutka ;-)
Nowe doświadczenia: salutowanie generałowi, dublowanie aktorów aby im tyłki nie zmarzły w chwilach ustawiania światła i kamer na planie... ehh... a kto ci powiedział, Wiśnios że mięso statysty różni się od mięsa armatniego?
Chwila nie-poezji: Zimno, zimno, zimno, sztuczny, sztuczny śnieg. Na śniadanie dwie drożdżówki a na do widzenia talerzyk grochówki.
6.11.2006
Czym jest Linux...
Czarnym ekranem z zielonymi literkami, który kasuje rzeczy starsze niż dwa dni.
Nusia, Złote myśli
Nusia, Złote myśli
1.11.2006
Święto zmarłych świętych
Uda rozgrzane... od laptopa ;-)
Efekt pracy - zmiany na stronie Koncentratu, w tym nowa galeria - Powiedz mi, że wyglądam bosko. Jest na co popatrzeć, więc zapraszam.
Poza tym, w skrzynce pocztowej czeka na mnie scenariusz do wydrukowania ;-)
Przeznaczenie ściga, oj ściga. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, już wkrótce zagoszczę w waszych odbiornikach telewizyjnych. Miejcie się na baczności! Nie będę grzeczny ;-)
Aby nie zapeszać chwilowo więcej nie zdradze. W poniedziałek próba. Czeka mnie weekend uczenia się roli. A później... kwiaty, wywiady - wątpie ;-) Z pewnością jednak nowe doświadczenie, i to nie ofiary gwałtu hihihi...
Jedno jest pewne - gospodynie domowe mnie nie polubią :D
Efekt pracy - zmiany na stronie Koncentratu, w tym nowa galeria - Powiedz mi, że wyglądam bosko. Jest na co popatrzeć, więc zapraszam.
Poza tym, w skrzynce pocztowej czeka na mnie scenariusz do wydrukowania ;-)
Przeznaczenie ściga, oj ściga. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, już wkrótce zagoszczę w waszych odbiornikach telewizyjnych. Miejcie się na baczności! Nie będę grzeczny ;-)
Aby nie zapeszać chwilowo więcej nie zdradze. W poniedziałek próba. Czeka mnie weekend uczenia się roli. A później... kwiaty, wywiady - wątpie ;-) Z pewnością jednak nowe doświadczenie, i to nie ofiary gwałtu hihihi...
Jedno jest pewne - gospodynie domowe mnie nie polubią :D
28.10.2006
Nocny setup
Coś jest w tych światłach... mimo iż szedłem na setup jak zastępy Mordoru... zmęczony tygodniem, pracą - wystarczyło obwiesić sobie ramiona sześcioma lampami i uśmiech sam pojawił się na twarzy. Krótka powtórka z typów refektorów, mała robocza konsoleta i mnóstwo satysfakcji z każdego kolejnego strumienia światła przecinającego przestrzeń sceny w środku nocy. Ewa Garniec, Piotr Pawlik i ja. Kubek gorącej kawy w garderobie. Dyskusje o bliznach i o tym, co tak naprawdę fresnelem się zowie ;-)
Już wiszą... skończyliśmy o 3:30 na ranem mimo iż myślałem ok. godziny 21:00, że jedyne na co mnie stać to sen. Dzisiaj focusowanie i tworzenie programu, mniam. No i najważniejsze... Premiera... Toi Toi Toi.
Już wiszą... skończyliśmy o 3:30 na ranem mimo iż myślałem ok. godziny 21:00, że jedyne na co mnie stać to sen. Dzisiaj focusowanie i tworzenie programu, mniam. No i najważniejsze... Premiera... Toi Toi Toi.
21.10.2006
Skrót wiadomości
Po trzech tygodniach walki z nałogiem... znów palę. Słabość - niekoniecznie. Dym - odpoczynek, zaduma, nagroda... w tych i nie tylko tych chwilach jest ze mną. Pełznie po skórze, podąża za ruchem dłoni. Mówisz, że zabija... z pewnością. Kurgan powiedział kiedyś... it's better to burn in hell then to fade to gray. Coś w tym jest... moje życiowe motto?
W zeszły weekend miało miejsce wznowienie spektaklu Potańcówka. Niestety tym razem jesień i fakt niepremierowego pokazu zrobiły swoje, przez krzesełka przewinęło się jedynie ok.100 osób.
Daje to jednak w sumie ponad pół tysiąca widzów naszego przedstawienia.
Tym razem efektem zagrania spektaklu było zaproszenie wszystkich jego uczestników na casting realizowany dla pewnej dużej stacji telewizyjnej. Kto wie, kto wie... zawsze po cichu marzyłem aby został pogodynkiem, hihihi... lub w bardziej kryminalny sposób :x ...rozświetlić na niebiesko szyby ogromnej betonowej wsi. Tak czy siak - szklana pogoda.
Za tydzień, w sobotę odbędzie się premiera spektaklu Powiedz mi, że wyglądam bosko Grupy KONCENTRAT. Może znów będę miał okazję pomóc przy ustawianiu świateł. Może znów będę miał okazje spędzić weekend na drabinie :)
Po prawie dwóch miesiącach pracy w nowej firmie zaczynam powracać do normalnego trybu funkcjonowania, o czym mam nadzieję świadczy ten wpis w blogu, który został ostatnio przeze mnie sromotnie zaniedbany. Nie ukrywam, nowa praca pochłania siły - nowe obowiązki, nowa wiedza, nowe doświadczenia... dźwięku komórki rozbrzmiewającej o 1:30 w nocy... "słucham... tak.. dysk węgierskiego weba nie wytrzyma do rana?... ok, zaraz mu podam coś przeciwbólowego..." I tylko ciche kroki nusi sunącej do kuchni... zaraz wróci z nożem, na białą pierś tryśnie krew :D
W zeszły weekend miało miejsce wznowienie spektaklu Potańcówka. Niestety tym razem jesień i fakt niepremierowego pokazu zrobiły swoje, przez krzesełka przewinęło się jedynie ok.100 osób.
Daje to jednak w sumie ponad pół tysiąca widzów naszego przedstawienia.
Tym razem efektem zagrania spektaklu było zaproszenie wszystkich jego uczestników na casting realizowany dla pewnej dużej stacji telewizyjnej. Kto wie, kto wie... zawsze po cichu marzyłem aby został pogodynkiem, hihihi... lub w bardziej kryminalny sposób :x ...rozświetlić na niebiesko szyby ogromnej betonowej wsi. Tak czy siak - szklana pogoda.
Za tydzień, w sobotę odbędzie się premiera spektaklu Powiedz mi, że wyglądam bosko Grupy KONCENTRAT. Może znów będę miał okazję pomóc przy ustawianiu świateł. Może znów będę miał okazje spędzić weekend na drabinie :)
Po prawie dwóch miesiącach pracy w nowej firmie zaczynam powracać do normalnego trybu funkcjonowania, o czym mam nadzieję świadczy ten wpis w blogu, który został ostatnio przeze mnie sromotnie zaniedbany. Nie ukrywam, nowa praca pochłania siły - nowe obowiązki, nowa wiedza, nowe doświadczenia... dźwięku komórki rozbrzmiewającej o 1:30 w nocy... "słucham... tak.. dysk węgierskiego weba nie wytrzyma do rana?... ok, zaraz mu podam coś przeciwbólowego..." I tylko ciche kroki nusi sunącej do kuchni... zaraz wróci z nożem, na białą pierś tryśnie krew :D
27.09.2006
When the light begins to change...
czy wiecie co robią nocą w parku niegrzeczni chłopcy z niegrzecznymi dziewczynkami?
... zdjęcia :D
To już drugi raz kiedy miałem okazję współpracować z profesjonalnym fotografem. Tym razem okazją była sesja do spektaklu Grupy KONCENTRAT - Potańcówka. Konfrontacja wspomnień poniedziałkowej nocy i efektu pracy pozostanie jedynie udziałem kilku osób, wszystkich jednak zapraszam do odwiedzenia galerii Koncentratu i zobaczenia choć niewielkiej próbki umiejętności Tomka Dyczewskiego, naszych znakomitych choreografów - Anki Jankowskiej i Rafała Dziemidoka (ot, mała wazelinka przed próbami wznowieniowymi) oraz oczywiście mojej partnerki Katarzyny Galon i mojej nieskromnej osoby :P
http://koncentrat.com/gallery/index.html
... zdjęcia :D
To już drugi raz kiedy miałem okazję współpracować z profesjonalnym fotografem. Tym razem okazją była sesja do spektaklu Grupy KONCENTRAT - Potańcówka. Konfrontacja wspomnień poniedziałkowej nocy i efektu pracy pozostanie jedynie udziałem kilku osób, wszystkich jednak zapraszam do odwiedzenia galerii Koncentratu i zobaczenia choć niewielkiej próbki umiejętności Tomka Dyczewskiego, naszych znakomitych choreografów - Anki Jankowskiej i Rafała Dziemidoka (ot, mała wazelinka przed próbami wznowieniowymi) oraz oczywiście mojej partnerki Katarzyny Galon i mojej nieskromnej osoby :P
http://koncentrat.com/gallery/index.html
26.09.2006
bofh
już prawie miesiąc w szeregu, już prawie miesiąc pod nowym sztandarem, po siedmiu latach zmiana przydziału...
Jednostka specjalna - Bastard Operators From Hell.
Tylko czy aby napewno to właśnie od siarki tak bolą wieczorem przekrwione oczy?
być może, w końcu to TCC... Tactical Chemical Corps?
Jednostka specjalna - Bastard Operators From Hell.
Tylko czy aby napewno to właśnie od siarki tak bolą wieczorem przekrwione oczy?
być może, w końcu to TCC... Tactical Chemical Corps?
28.08.2006
Dwóch mentorów
Dzięki uprzejmości Ewy Garniec z Grupy KONCENTRAT mogłem wczoraj rozpocząć naukę obsługi pulpitów sterowniczych oświetlenia teatralnego. Myślę, że zacząłem od dobrego modelu, jakim jest produkt firmy ADB - pulpit MENTOR.

Ewa dała mi szansę poznać metody włączania/wyłączania pojedynczych obwodów jak i całych ich grup, programowania poszczególnych scen, układania i wywoływania ich sekwencji. Potrafiła z cierpliwością prawdziwego mentora odpowiedzieć na wiele moich, często błahych pytań. Mam nadzieję, że to dopiero początek nauki.
Po całym dniu pracy zupełnie inaczej ogląda się spektakl, czując w mięśniach i każdej kropli potu ile wysiłku kosztowało jego przygotowanie.
Pochylam nisko głowe, również dzięki lekcji pokory na drabinie ;)

Ewa dała mi szansę poznać metody włączania/wyłączania pojedynczych obwodów jak i całych ich grup, programowania poszczególnych scen, układania i wywoływania ich sekwencji. Potrafiła z cierpliwością prawdziwego mentora odpowiedzieć na wiele moich, często błahych pytań. Mam nadzieję, że to dopiero początek nauki.
Po całym dniu pracy zupełnie inaczej ogląda się spektakl, czując w mięśniach i każdej kropli potu ile wysiłku kosztowało jego przygotowanie.
Pochylam nisko głowe, również dzięki lekcji pokory na drabinie ;)
21.08.2006
Diavoli argilla
Najpierw chłodna i lepka... przylega do ciała jak dotyk spoconej dłoni...
Brunatna i krwista. Twardnieje z każdą minutą, ruchem, z każdym kolejnym błyskiem flesza.
Wrasta w ciało.
Pierwsza pojawiła się narośl na czole; namiastka rogów?
Dłonie zaczęły obrastać nią i pękać niczym kruche, pieczołowicie lepione naczynia.
Później pojawiły się ostrogi. Wyrastały nie tylko z pięt. Głównie spomiędzy palców, z każdym kolejnym krokiem po jego ciele... nieruchomym, zastygłym na dywanie kawałka tektury, na którym żyliśmy razem przez półtorej godziny.
Oblepiała moje plecy zimnym dotykiem, kiedy kładłem się na nim. Dolepiała mi skrzydła, kiedy rozgniatałem go, wijąc się na jego zdeformowanym ciele.
Bolała... kiedy próbowałem traktować ją jako autonomiczny fragment mojej postaci.
Odrywałem ją po kawałku, rozmazywałem, kruszyłem. Barwiła moją skórę przy próbie pozbawienia jej ciała, którym się żywiła, na którym żyła, które zdeformowała swoją lepką pieszczotą.
Odeszła dopiero pod ciepłym strumieniem wody, kapiąc jak krew.
Diabelska glina.
Brunatna i krwista. Twardnieje z każdą minutą, ruchem, z każdym kolejnym błyskiem flesza.
Wrasta w ciało.
Pierwsza pojawiła się narośl na czole; namiastka rogów?
Dłonie zaczęły obrastać nią i pękać niczym kruche, pieczołowicie lepione naczynia.
Później pojawiły się ostrogi. Wyrastały nie tylko z pięt. Głównie spomiędzy palców, z każdym kolejnym krokiem po jego ciele... nieruchomym, zastygłym na dywanie kawałka tektury, na którym żyliśmy razem przez półtorej godziny.
Oblepiała moje plecy zimnym dotykiem, kiedy kładłem się na nim. Dolepiała mi skrzydła, kiedy rozgniatałem go, wijąc się na jego zdeformowanym ciele.
Bolała... kiedy próbowałem traktować ją jako autonomiczny fragment mojej postaci.
Odrywałem ją po kawałku, rozmazywałem, kruszyłem. Barwiła moją skórę przy próbie pozbawienia jej ciała, którym się żywiła, na którym żyła, które zdeformowała swoją lepką pieszczotą.
Odeszła dopiero pod ciepłym strumieniem wody, kapiąc jak krew.
Diabelska glina.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







